Jak daleko poszło echo Spiderland
Dzisiaj album zespołu Slint ma niepodważalną reputację klasyka undergroundu, który zmienił bieg rozwoju rocka i wytyczył mu nową ścieżkę, którą muzycy prowadzą do dziś. Wpływów drugiego wydania zespołu z Louisville nie trzeba szukać daleko, słychać je choćby na obecnie dominującej londyńskiej scenie Windmill. A przecież w roku jego premiery mniej oczywistym od artystycznej wartości była sama perspektywa przetrwania zespołu.
Żeby dobrze zrozumieć, jak bardzo nieoczywistym zjawiskiem był ich sukces, musimy cofnąć się ponad 30 lat wstecz – do wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Rok 1991, rok publikacji Spiderland, komercyjnie wyglądał zupełnie inaczej niż ich koncepcja. Wtedy dominował pochodzący z Seattle grunge, którego pozycja zdążyła się ugruntować już w latach osiemdziesiątych. W 1991 ukazała się jego najważniejsza praca – Nevermind Nirvany. Choć jak na ówczesne czasy była to płyta alternatywna, rynek przyjął ją znakomicie. Nie można jednak utożsamiać jej ani z wychodzącym poza schematy abstrakcyjnym podejściem, ani z artystyczną ambicją. Nevermind było podsumowaniem tego, co na rynku działo się od czasu rewolucji punkowej: rock miał być prosty, gęsty i łatwy w odbiorze. W takich warunkach tylko nieliczni spodziewaliby się, że album zupełnie inny od potrzeb rynku przetrwa w świadomości słuchaczy dłużej niż kilka lat.
W tamtym czasie w Louisville dziennikarz muzyczny Steve Albini zapuścił się w nieznane wcześniej rejony undergroundu. Z Seattle trafił do stolicy Kentucky. Jak później się okazało, to jego artykuł wypromował pracę zespołu, prawdopodobnie bez niego świat by o nich zapomniał. Slint to zespół złożony z nastolatków, który pokazał, że nie trzeba mieć wybitnego muzycznego wykształcenia, lat nauki u najlepszych mentorów ani rozpoznawalności, by mieć długowieczny wpływ na muzykę. To, co zapewniło ich płycie późniejszą rozpoznawalność, to odmienność od ówczesnego grania i wyjątkowo dojrzały, jak na ich wiek styl.
Na Spiderland porzucono niemal wszystkie typowe dla rocka rozwiązania, mimo użycia klasycznego dla gatunku składu opartego na gitarach, perkusji i basie. Zamiast power chordów, solówek, gęstych riffów i piosenkowej struktury zespół wybrał inne narzędzie – genialne w swojej prostocie: ciszę. Jej użycie do budowania kontrastów, napięcia i tajemniczej atmosfery najbardziej wyraźne jest w „Washerze”. Utwór opiera się na jednym motywie, który jest przeplatany lekkimi interludiami, wyciszeniami pod wokal i zaskakująco mocnym, gęstym finałem. Inną ciekawą kompozycją jest „Breadcrumb Trail”. Zaczyna się od opartego na arpeggiu charakterystycznego riffu, później przechodzi w przesterowane sekcje, gdzie McMahan wyje ile sił, by wrócić do lekkiego grania opartego na teksturze i nieregularnym metrum. Natomiast prawdziwą wizytówką artystów jest „Good Morning, Captain”, zbudowane na rozwoju jednego repetycyjnego wątku, subtelnych zmianach rytmicznych i ekspresyjnym finale z kultowym „I miss you”.
Choć muzycy wiedzieli, że grają zupełnie inaczej od reszty, nie mieli pojęcia, że to, co robią, później zyska miano post-rocka. Tę definicję stworzył Simon Reynolds, potrzebując nazwy dla wydania, które poszło jeszcze dalej w tych ideach. Podczas gdy Spiderland to surowo brzmiący album oparty na kontrastach: cicho-głośno i rzadko–gęsto, Hex Bark Psychosis dodaje do tego jeszcze kontrasty miękko–twardo i melodyjnie–dysonansowo. O ile wpływ Amerykanów na Hex był co najwyżej pośredni, w jeszcze nieukształtowanym gatunku, to wpływ Spiderland na kolejne pokolenia muzyków był dużo bardziej oczywisty. Na debiucie najważniejszej dla montrealskiej sceny ekipy Godspeed You! Black Emperor z 1997 roku, muzycy wykorzystali ten język do budowania długich atmosferycznych gitarowych build-upów, wspieranych przez chamberowy skład. W kolejnym millenium tą drogą poszli m.in. Lift To Experience, prezentując drugofalowe podejście oparte na shoegaze’owych crescendo z czysto gitarowym instrumentarium.
Mimo upływu ponad ćwierć wieku, świat nie zapomniał o Spiderland. Debiut najważniejszego zespołu sceny Windmill, Brixton – Black Country, New Road – otwarcie przyznaje się do bycia „second best Slint tribute act”. Brytyjczycy do surowości i opartego na teksturze grania dodali melancholijne partie saksofonu i nowoczesną introspektywną narrację. O sile albumu pokazuje też obecny rok, w którym na swojej debiutanckiej płycie podejście BC,NR rozwinęli muzycy Hesse Kassel. Ten album łączy historię całego podgatunku w jedną spójną całość.
Spiderland, choć uznane przez krytyków i słuchaczy, nie ma takiej rozpoznawalności jak mniej przełomowe Nevermind czy Ten, choć jego wpływ na przyszłość muzyki jest nieporównywalnie większy. Dziś to grunge postrzegany jest jako chwilowy trend, a post-rock, którego pierwszym głosem był drugi album Slint, przetrwał do dziś. Do napisania tego tekstu zmotywowała mnie przede wszystkim niewielka świadomość muzycznej społeczności o tym, jak ważny był to album – bo mimo ery internetu i łatwości poznawania muzyki, Spiderland dalej zostaje tam, gdzie się wychował: w kręgach podziemia.