Chilijski Atak z Zaskoczenia – Recenzja – Hesse Kassel – La Brea (2025)

Na nieco ponad miesiąc przed pierwszym od lat bardzo wyczekiwanym wydaniem Black Country, New Road i nieco mniej niż miesiąc przed obiecującym debiutem The Orchestra (For Now), zespoły z Londynu z pewnością nie spodziewały się konkurencji z tak nieoczywistego miejsca. Jedną z najbardziej niszowych, ale i najciekawszych scen rockowego podziemia ma dziś stolica Chile, miasto bez rozpoznawalnej muzycznej przeszłości, bez długiej historii w tej dziedzinie. To stamtąd pochodzi Hesse Kassel, zespół, który hasło „post-rock” potraktował z wyjątkową powagą.

Po pierwszym odsłuchu La Brea przecierałem oczy ze zdumienia. Ten album to jedna z najbardziej spójnych i zarazem różnorodnych muzycznie propozycji, jakie przyniosła trzecia fala post-rocka. Rozpoczyna się od inspirowanego math rockiem intro Postparto – perfekcyjnie zaplanowanego, stopniowego budowania tempa i intensywności. Instrumenty dołączają kolejno, a repetycyjne motywy są z czasem modyfikowane. W dalszej części utworu robi się jeszcze ciekawiej bo zespół bawi się tempem, nagle przyspiesza, a spokojny, mówiony wokal przechodzi w wrzaski i atmosferę gonitwy myśli. Utwór oparty na brzmieniu elektrycznych gitar posiada polifoniczne struktury, posthardcorowe przejścia i wyraźne inspiracje twórczością Slinta, a kończy się subtelnym, saksofonowym wyładowaniem. To bez wątpienia jeden z najbardziej nieszablonowych rockowych kawałków, jakie słyszałem.

W kolejnym utworze muzycy zwalniają i stawiają na melodyjność, pokazując, że świetnie odnajdują się nie tylko w postpunkowym, mówionym wokalu, ale również w klasycznym śpiewie i chórkach, szczególnie w najbardziej intensywnych momentach. Ten kontrast to także symbol precyzyjnego zaplanowania albumu, mimo różnorodności utworów, wszystkie łączy kilka wspólnych cech. Utrzymanie ich na stabilnym poziomie przez całe 78 minut i to w debiucie, wydaje się czymś niemal niemożliwym. Zarówno Anova, jak i inne kompozycje charakteryzuje zaawansowane, nietuzinkowe podejście do struktur, połączenie minimalizmu wczesnego post-rocka z umiejętnością intensywnego rozładowywania napięcia, znaną z nurtu drugofalowego. Słuchając tego albumu, mam wrażenie obcowania z dziełem, które w doskonały sposób łączy dwie wcześniejsze estetyki gatunku i przy tym tworzy coś swojego, oryginalnego.

Podobny do Anova, ale znacznie cięższy, jest Americana – utwór zaczynający się chóralnie, przechodzący w postpunkowy wokal, a potem w śpiew. W tym czasie zespół gra coraz intensywniej, by na finał przyspieszyć i zakończyć lekkim katharsis. To jeden z tych kawałków, które mają aż dwa crescendo, drugie z nich prowadzi do saksofonowego rozładowania emocji. Utwór kończy się sekcją drone'ową, w której słychać wpływy Godspeed You! Black Emperor.

Najdłuższe buildupy przynoszą En Tiempo Muerto i następujący po nim Moussa, pierwszy zawiera dwa pięciominutowe crescendo, a drugi jest najbardziej rozbudowaną kompozycją na płycie. Najkrótszy i zarazem najbardziej agresywny jest Vida En Terranova, pełen szaleństwa i desperackiej energii. Podobne, choć mniej wokalno-nastawione podejście prezentuje A. Latur, w którym saksofon przypomina długie, melancholijne i rozpędzające się partie Maruji, to jedna z najpiękniejszych estetycznie rzeczy na debiucie. Fragmentem klamrowym dla całego krążka jest Yo La Tengo, brzmieniowo zbliżony do otwierającego Postparto, lecz z wyraźniejszym finałem, jak przystało na zamknięcie albumu.

La Brea zespołu Hesse Kassel to zdecydowanie najlepszy debiut od lat, który może mieć dla chilijskiej sceny podobne znaczenie, jak pierwsze albumy black midi i BC,NR miały dla brytyjskiej. Muzyka lubi niespodzianki, a w 2025 roku największą z nich zgotował właśnie ten zespół z Santiago. To murowany kandydat na album roku. Jeśli Maruja nie wyda LP, które przerośnie oczekiwania publiczności, La Brea pozostanie bezkonkurencyjna.

95/100

Album #1 – Hesse Kassel – La Brea (2025) https://hessekassel.bandcamp.com/album/la-brea